Zeszyt od Religii - strona pierwsza
Gdy zaczynałem swoje lekcje Religii, w okolicach roku 1979, nie mieliśmy rzecz jasna mediów społecznościowych, ani komputerów, a nauka Religii nie była tak liberalna jak dziś. Chodziliśmy po szkole, do sali katechetycznej, w tzw. "organistówce", jak sama nazwa pokazuje, znajdującej się w domu Organisty. Nie było religii w szkole, została usunięta z programu nauczania w 1961 i moje pokolenie zdążyło się już do tego nowego porządku tak przyzwyczaić, że uważaliśmy to za stan normalny.
Pod wieloma względami było to lepsze rozwiązanie, przynajmniej tak mi się kiedyś wydawało. Uważałem, że lepiej, gdy jesteśmy w salach katechetycznych, tylko ci z nas, którzy naprawdę chcą tam być. Pamiętam również, jak znów przywrócono religię w szkołach, w 1990 i jakie "bydło" było na tych lekcjach. Cóż więc miałem myśleć? Nie wziąłem jednak poprawki na fakt, że młodzież w roku 1990 była już tak zlaicyzowana i "zdegenerowana", że w całej klasie, może ze trzy - cztery osoby deklarowały chęć uczestnictwa w lekcjach Religii. Bo pozostawiono (dopiero później) wybór i kto nie chciał, mógł w tym czasie iść na salę gimnastyczną, pograć w piłkę.
Wróćmy jednak do początków... Zajęcia z Religii prowadził oczywiście ksiądz, a na koniec lekcji, wszyscy dostawaliśmy obrazki do pokolorowania i wklejenia do zeszytu. To była pierwsza klasa, więc dopiero uczyliśmy się pisać. Do tej pory nie wiem, skąd ksiądz brał te obrazki, ale musiał mieć ich spory zapas, żeby obdzielić tyle dzieciaków i to rok w rok, kilka klas. Wiem natomiast, bo dobrze to pamiętam, z jaką powagą podchodziłem do tego, by je jak najpiękniej pokolorować. Żeby być uczciwym, to te pierwsze kolorował mój Ojciec. Pokazał mi też, jak w prosty sposób "dorabiać" cienie, przez pogrubianie koloru na krawędziach i fałdach szat. Oto pierwszy obrazek z mojego zeszytu.
Wiecie, co on przedstawia? "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie". Od tych słów zaczynała się w ogóle cała edukacja. Edukacja, która choć w państwie komunistycznym, jako podstawę przyjmowała oczywisty fakt istnienia Jezusa i tego, że chce, by dzieci do niego przychodziły. I przychodziły! Rodzice je posyłali. Najpierw na chrzest, później na lekcje religii, do kościoła i wreszcie do pierwszej komunii. Dalej, dzieci dorastały i same już kierowały własnym życiem. A po drodze były jeszcze oazy, pielgrzymki, no i ministrantura. I powiem Wam coś... To nieprawda, że był w tym fałsz, że "wszyscy biegali do kościoła, bo tak wypadało, a na komunię, to było zastaw się a postaw się..." Tak jest dziś! Msza, często z rozpędu, pierwsza komunia to przede wszystkim prezenty, a Boże Narodzenie, to już czysta komercja, w której nie ma miejsca dla Boga. Zarzucaliśmy kiedyś Rosjanom, że św. Mikołaja zastąpili Dziadkiem Mrozem, żeby wyrzucić słowo "święty". A cóż mamy dziś? Jakiegoś alkoholika, wypasionego na fast foodach, reklamującego gazowany napój...
Mieliśmy i my prezenty na komunię, ale były one raczej symboliczne. Dostawaliśmy zegarek, rower, albo pierwszy aparat fotograficzny, którym była rzecz jasna Smiena. Ja dostałem piłkę do nogi, zamiast roweru. Boże Narodzenie się celebrowało, często w szerszym rodzinnym gronie, jako prawdziwe "Urodziny Jezusa". Msza Bożonarodzeniowa, to było niezapomniane przeżycie. Szopka, zapach prawdziwych choinek i przede wszystkim, kościół nabity ludźmi po brzegi. Było odświętnie i uroczyście, a dziś, po prawie pięćdziesięciu latach, widzę, że to właśnie świąteczne msze, w naszym wiejskim kościółku, najbardziej wryły mi się w pamięć. I to jest coś, czego najbardziej żałuję, bo wiem, że już nie wróci. W każdym razie, nie za mojego pobytu na tej ziemi.
Wieczerza wigilijna, była prawie jak msza. Przygotowywaliśmy się do niej wszyscy, jak do najważniejszego wydarzenia w roku. A po wieczerzy, mama mówiła - Idź no tam sprawdź, czy Aniołek czegoś nie zostawił pod choinką. Bo w moim pokoleniu wierzyliśmy w Anioła, który przynosił grzecznym dzieciom (i grzecznym rodzicom) zabawki, a nie w żadnego "Santa Claus". Zaś prawdziwy święty Mikołaj (legendarny biskup Miry w Licji), przynosił podarki 6 Grudnia. Najczęściej znajdywało się je pod poduszką, a niegrzeczne dzieci, dostawały też pęczek rózeg, ku przestrodze...
Dziś dzieci nie przychodzą już tak licznie i chętnie do Jezusa. Mają konsole do gry, smartfony, facebooka i inne media społecznościowe. Po co więc im jakiś "archaiczny" Jezus, który naucza, jak kochać innych i jak być dobrym, żeby zasłużyć sobie na życie wieczne? Zresztą, czy to "Niebo" faktycznie istnieje? Czy wypada nam wierzyć w takie bajki, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji i internetu?
Ja wierzę w bajki. To oznacza, że chyba wciąż jestem dzieckiem, pomimo moich pięćdziesięciu lat. I to daje mi nadzieję. Bo ten Jezus z obrazka, ten mój, powiedział kiedyś - Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego...



Komentarze
Prześlij komentarz